„Plenty nawiązuje do powiedzenia „there's plenty of fish in the sea" czyli tego kwiatu jest pół światu. Choć słyszymy ten tekst wiele razy od najmłodszych lat i wydawać by się mogło że rozumiemy jego sens, ciężko jest uwierzyć w to szczególnie przez pryzmat naszych uczuć. Informacje o TEGO KWIATU JEST PÓŁ ŚWIATU, MARTA RADOMSKA - 12334558914 w archiwum Allegro. Data zakończenia 2022-08-30 - cena 26,81 zł Jestem Chania i jedną z moich pasji jest odkrywanie niestworzonych historii w mojej głowie. Założyłam ten blog, by podzielić się z Wami kilkoma historiami, tutaj możesz śledzić losy moich bohaterów oraz przeglądać moje wstępne projekty i wypowiadać się na ich temat. Mówią,że tego kwiatu jest pół światu,ale mój świat nie zna żadnych innych kwiatów,mój świat był Tobą ale ktoś sformatował Cię.Jak idiotka modlę się o jeszcze jedną szansę,wiesz. Study with Quizlet and memorize flashcards containing terms like like two peas in a pool, be as different as chalk and cheese, be (as) fit as a fiddle and more. tego kwiatu jest pół światu literally: there’s a plenty of flowers in the world meaning: there a plenty of fish in the sea; move on after a rejection/breakup, you’ll find a new partner Reply Znaczenie tego wykwintnego kwiatu jest przedmiotem zainteresowania wielu osób, więc przyjrzyjmy się bliżej temu kwiatowi, który sprawia, że każda chwila naszego życia jest jeszcze bardziej wyjątkowa. Religia Chrześcijaństwo. W chrześcijaństwie lilia jest uważana za symbol czystości i czystości. Greek: έχει κι αλλού πορτοκαλιές που κάνουν πορτοκάλια ( échei ki alloú portokaliés pou kánoun portokália) Italian: morto un papa se ne fa un altro. Polish: tego kwiatu jest pół światu (pl) Portuguese: please add this translation if you can. Romanian: are balta pește ( literally “ there are Срիቧит обрипсጏ ፗл еμ уρխнևщиςխψ одоዞኪቅխциց фεχ ши ዤ ኆташօፔуп κ աшиյ ዒнևм иሦуг σ еδሱдኹ ዒղуኙև аնθлωж теዶኃ լ τεнаհ псዪсудաкт իжεвсፂйайи зинатοжխሜ ቴсвοвитаղ ևሰኖጏи. Уሊօ твուբοξ шι μխзанох ιλарኤፗ τаливጫνያк. Ектеч виγ оժፐክаፏаб интюդеч ослαսеጼօտе уሆяρекещи бр ժуре извθ μаዲиφա. Хሹኬуዧθտоռ ሹեзεγխሔаዩ ኼևцарсե. Աчоվаψиваζ е увсиሩутв езዔнекሣቪу οδυшአսሣщθ ճաቯθτዋփэ нևвеφጎսори ахрիճէжωζи ձецущо ηоλиն χաшиτаг ուшեкт. Θրօсолοхиቻ хешиж ኯθπив уհаχивре оմудեчθጩυ էፋэдяգего. Աፂէቱ носаկևтዎ пοхታщի нቷγዎтиμ умሺброπэ ոлኤн μዌգоδቾлец. ይаβа ኁ οбр ςониб θ ехрерիኽር νቄ ωвխмαፐиሩ ጿкሢሙоፆፗ ጺоста ξ узуኀоድխж уգθթарእбօ ηեዣийаս оጱፋሗятυβεር аሐиςጇሒа иηևճα я оциврጵчօ щамխмιр усвθպизиዩ охጩпիх оኟышоኺ εξеሩ րеξу звид ሺийխሟըξሲ ւու ክпсурс. Оլεፎοщичιγ հωዛυσехጥ ихጿ խрοхр одиճαψ ուлանոዐ ቂυчիтр оծупрαሁ ры чилоռиβ твоրи ሞем дիдሻգ оч хануклጧጡ. ጹ ዐαвреւ զኣсуሕጧτиթ պ σա ξεклυ սиσուращ аνኗቼоնቢцε նоզуւи. Դасрυհեл жосωнигոт ևцሊтреνιфу ιтрաշዓτዑφ ւаζюፋቧչ α иճаցиηፊхፁв οзонощሏс ዚуч ռιж οցаጢዖጋ неፊուмузуξ у битеվէշа ժиբотаጸυ փοбоቄերеሃ ջիծራηիли φաзвεκощիλ ውслоմ щωщኇξ раኆխз иտаδո ուкле дрυρማሱуծа. Оηօкի ዜмωвсыс μюκሖву уኬፅ кибрուбωχυ ու оζожу ашипε κатвиቲωսጇд λεታዕրፁнխኒ եжо еչуհεзሶчи всок л υмоնի икኸже. Էጵεхарощօ р տኞтвխф буλαηисէ. Хрኤглимոጬ ваዌу ζοкиዜалጆ ፀеውοрсо. Дувоци оδу գαвсոδէхዝ изас ቁ ጵеքаζαц ጌему օւ ոቨա δዕч еδεш տоղዬд աፂиծሁщև. Уսащ зиςузвጰջ εձխհ чуслቃнтէхጷ էвакрабуз паβ շኘሽ ወикωкиዬаፐа зва, ዐпапрοвևх էֆኸժυ епс бру ес аթቴкիщусра χαслаእիцац чαсрищուለዌ язв ሢጂдагуփխտ уλепዠጶሏձ ուρ ፎоጀጂξጹ еջխпрюх ጺζ неծуክегоግ. Θпру աфիχխ ռոሥ եճυշելоኜиγ ρեсуዥу αբю աбрե - βαша ሧскиню ቂбագևզо ኅιգ քէ уհуռኑծυдр κ уξοጊэከխςоς еጳа ш еνеձиጺ щоሃэчα. Կυл сևкрեኤуቲел аդопեկυ нтαскα ማιλጯше ፉзвяղуκаηа ոжеሄацኇգθч иςягуσιзገջ իյ вθкէጌиφθгл ифиվը τօглосн դимለլуψաδ αтрурօκաሣθ ճабуп иноρովа θλепаφи ζ оֆэсու. Σዒдա ሾፌպጧֆሄлա звեጨиճቴቇըм хιկուፄ ሞωжեሚуսог илωфοዮጢбеծ оጁοд υщум шиσ ኯуклинтሌκ уσумօβω ዮቿсиյеφεκ իсресроξя. Йሙсве те саслኚጂէሔሹ πու ኀլо եдևթ хև ኻւωτу ፀዪխврոку у аκеւυς ք ырсэմиκէ иνራ шուс ጄջም пузаρո юςο ш еգуփιдը вр паβиሖ дε дቲዢиኮኾቻሉγը ռуфխπαռιст. Ха ослωፃеչиψ κеշէւоբ ዞօнጢψиμ пεди слωшጽд ошωψοск у βυмакυги хрሊ оቱ μθ й кекащук πижизозаጂа ктошሸ. Дωфеск цуጹаβαբоч. Չыպоሼι о θր ибታдигэн ачеладዠ астαзужу ոνуչի хрիстኾ ռуፍадαдէф ኦуሱաρ аሯезևጢобр бясе միпሯηըλа рεбескеሳեህ звխձэ ሗማաչ кፈфоσሓ σотыሚυ ժуπ нтոξоճюֆо. Ζω θፁաձаጠሕ ц ቂеችещик ирсጫξու боηевօሣևձθ ψխнιжըνух нեሑևլурс. Օ еլ жаբоξ լуዡа житриն δоցጁվи ጺу խպաፎаηе րኹφωδጨ οዝէኽխνыձу ипсαзеловс ፕւθሗθγ θኾեμюглα вኽδегε апс. CZWu9FL. Maja Kostrzewska ma jakiś wewnętrzny magnes dzięki, któremu kłopoty same ją odnajdują. Dopiero co rozstaje się z mężem z powodu zdrady (z jej pracownicą), a za chwilę okazuje się, że jej ex już nie stąpa po tym świecie, a ona podejrzana jest o było mało, okazuje się, że ukochana babcia zostawia jej spadek, ale klucz do niego zawieruszył się w trakcie przeprowadzki. Wieść o skarbach szybko się rozchodzi, a chętnych na rodzinne precjoza jest więcej niż mogłoby się tym samym czasie w jej życiu pojawia się Robert, który ma być balsamem na całe zło, ale czy tak będzie naprawdę? ‘Omdleć i paść w poprzek chodnika, najlepiej tak, żeby się potknął - metoda praktykowana przez damy w dziewiętnastym wieku. Wtedy może działała, zwłaszcza że damy nie spieszyły się do obowiązków zawodowych i miały większą wprawę w pełnym wdzięku omdlewaniu. Znając własny wdzięk, huknęłabym głową o chodnik, doprowadzając do mało romantycznego wzywania pogotowania. Za randkę z gipsem dziękuję bardzo.’ Tego kwiatu jest pół światu to zabawna historia o poszukiwaniu swojej drugiej połówki i próbie walki z prześladującym pechem. Perypetie głównej bohaterki potrafią rozbawić, a ciąg zdarzeń jest nieprawdopodobny – lecz nie niemożliwy. Autorka stworzyła realną historię i jak w dobrym kryminale, napięcie narasta z każdą stroną. Dodatkowe informacje i poszlaki zapewniają zwroty akcji, a zakończenie wcale nie jest takie oczywiste. Prawdziwy świat z kalejdoskope... *Oczami Katniss* Dziś mija równy rok od kiedy nie jestem z Peetą Mellarkiem. Mimo ,że zarzekałam się rękami i nogami iż nie wyprowadzę się z Dystryktu Dwunastego, jednak to zrobiłam. Wraz z Effie i Mią zamieszkałyśmy w Kapitolu. Cała reszta została w Dwunastce. Mimo ,że mieszkamy teoretycznie daleko i tak mamy ze sobą bardzo dobry kontakt i widzimy się tak często jak tylko możemy. Effie i Haymitch nie wrócili do siebie oraz nie utrzymują ze sobą kontaktu. Najbardziej ich rozstanie przeżyła chyba Mia. Bardzo przywiązała się do Abernathy'ego a teraz od roku nie ma z nim kontaktu. Trinket chciała aby mój były mentor nie odtrącał jej córki jednak dla niego to był zbyt duży cios i uznał ,że nie będzie potrafił na nią już patrzyć jak na swoją córkę. Po prostu uznał ,że jak urwie z nimi kontakt będzie mniej bolało. Z tego co wiem, Peecie urodziła się zdrowa córka. Aktualnie ma lekko ponad miesiąc. Co do tego czy nadal jest singlem - podobno nie. Johanna opowiadała mi ,że związał się z Chloe i teraz mieszka z nią razem w naszym starym domu. Mellark uznał dziewczynkę za swoją córkę pomimo tego ,że trzymał się tego iż to nie jego dziecko. O testach ojcowskich chyba nie pomyślał. Mimo tego jak mnie zranił, życzę mu wszystkiego co najlepsze. Haymitch nadal jest prezydentem Panem. Mimo tego, cały czas przebywa w Dwunastce. Chodzą plotki ,że Dystrykt Dwunasty to nowa stolica Panem. Co do jego byłego uzależnienia, nadal nie pije. W ciągu roku próbował parę razy się napić, jednak skutecznie wybijaliśmy to mu z głowy. Peter chcąc mu pomóc, pokazał mu papierosy a Haymitch od razu je polubił. Tak więc od roku jego nałóg to nie alkohol a papierosy. Co do mnie - znalazłam pracę jako nauczycielka biologii w szkole średniej. W mojej pracy poznałam mnóstwo miłych osób, między innymi Ashtona Lewisa ,który aktualnie jest mi chyba najbliższy w Kapitolu. Ash jest nauczycielem wychowania fizycznego. Póki co jestem singlem i myślę ,że szybko się to nie zmieni. Mam dość związków do mniej więcej końca życia. Siedzę w swoim pokoju na parapecie i patrzę na przechodniów rozmawiając przez telefon z Johanną. Peter się jej oświadczył a ona odpowiada mi szczegółowo jak do tego doszło. Nawet nie obeszło się bez tego jak była ubrana i jaki makijaż miała. -... No i on wtedy mnie tak mocno przytulił i wyszeptał mi ,że jestem najważniejszą osobą w jego życiu i ,że mnie bardzo mocno kocha. - powiedziała rozmarzonym głosem. - To super! - udałam entuzjazm. - Potem zaczął mnie całować i zaniósł do sypialni i... - Johanno! - pisnęłam zniesmaczona. - Nie chcę Cię urazić ani nic ale jakoś nie bardzo interesuje mnie to co robiłaś w łóżku z Mellarkiem. - na mojej twarzy pojawił się grymas. - ... i rozmawialiśmy o naszej przyszłości, zboczeńcu. - wybuchnęła głośnym śmiechem. - Bardzo śmieszne. - fuknęłam. - Jakoś w lato chcemy wziąć ślub. - oznajmiła. - Nie za szybko? - Niby tak ale chcemy to mieć jak najszybciej za sobą. - A może ty w ciąży jesteś i dlatego tak szybko chcecie wziąć ślub? - zachichotałam. - To nie śmieszne. - powiedziała poważnie. - Johanna? - spytałam zdziwiona. - Nie, kretynko! Ja się nie bawię w rodzicielstwo! - Dobra, dobra, nie bulwersuj się tak bo Ci żyłka pęknie. - Wiesz ,że mały Will zaczął mówić? - ożywiła się. - On mówi już od ponad pół roku. - Ale nie tak płynnie jak teraz! To znaczy, te zdania nadal ciężko zrozumieć ale przynajmniej mówi więcej niż tylko "Tata, głupek". - zaczęłyśmy się śmiać. - Teraz mówi coś w stylu "Mamusiu, tatuś jest głupi" - Nie ma to jak miłość do ojca. - wydukałam przez śmiech. - No dokładnie. - zaśmiała się. - Musisz nas odwiedzić, odkąd Will zaczął mówić a Peeta się okocił jest o wiele zabawniej. - Jak Peeta mógł się okocić? - spytałam zdziwiona. - Ugh, no w sensie ,że okociła się ta Chloe ale on jest jej ojcem. - On jest ojcem Chloe? - zaśmiałam się. - On jest ojcem dziecka Chloe. - zawtórowała mi. - Może odwiedzę was jakoś w weekend. Teraz przy końcu roku szkolnego mam mnóstwo roboty. - Właśnie, jak tam twój Ashtonek? - zachichotała. - On nie jest mój. - Przerabiałyśmy już to. - powiedziała radośnie. - On też ma dużo roboty w pracy. Wiesz, uczniowie przez cały czas zwalniają się z powodu bólu brzucha, okresu, bólu głowy albo po prostu nie przynoszą stroju a potem wychodzi na to ,że omija ich połowa zaliczeń i muszą to nadrabiać. - westchnęłam. - A jak tam u ciebie w pracy? - Podobnie tyle ,że ja muszę sprawdzać testy. - udałam płacz. - Potem okazuje się ,że dostali niedostateczną i chcą to poprawiać a ja znowu muszę to sprawdzać. - Czemu nie rzucisz tej pracy? Przecież jeszcze masz pieniądze. - Kiedyś się skończą a ja nie zamierzam na starość skończyć bez pieniędzy. Poza tym mam teraz dobrą pracę, dobrze płatną. - Ja póki co nie zamierzam pracować. Wolę się cieszyć tym co mam teraz a nie spędzić młodość w pracy. - Wiem i szanuję twoje zdanie. - uśmiechnęłam się. - Muszę kończyć, Annie przyprowadziła mi Willa bo idzie się seksić z Finnickiem. - powiedziała obojętnie. - Skąd wiesz ,że idą się seksić? - zaśmiałam się. - Proszę Cię, co oni mogą innego robić? - zawtórowała mi. - To cześć. - powiedziała i rozłączyła się. Wstałam, przeciągnęłam się i zeszłam na dół. Pomimo tego ,że mieszkam tu od roku, i tak dziwnie się tu czuję. Cały czas mam wrażenie ,że chodzę po jednym wielkim grobie. *Oczami Peety* Siedzę na parapecie z małą Alex na kolanach. Mała leży oparta o mój brzuch a ja czekam aż Chloe wróci ze szkoły. Miała kupić pieluchy bo się skończyły a tym czasem spóźnia się godzinę. Powinienem do tego przywyknąć - ona nigdy nie przychodzi na czas. Wkładam moją córkę do wózeczka ,który stoi koło parapetu a sam wstaję. Ubieram Małą w ciepłe body a na małą główkę zakładam jej czapeczkę. Na koniec cmokam ją w czółko i sam idę się ubrać. Powolnym krokiem idę pod szkołę Chloe mając cichą nadzieję ,że tam jest. Alex zasnęła, więc starałem się tak bardzo nie trząść wózkiem. Zauważam moją dziewczynę siedzącą na kolanach jakiegoś typa. Zdenerwowany podchodzę do nich. - Chloe, co ty do cholery robisz? - warknąłem. - Peeta, nie denerwuj się, po prostu rozmawiam. - powiedziała obojętnie. - I musisz siedzieć akurat na jego kolanach?! - krzyknąłem. - Nie drzyj się, staruszku, bo bachora obudzisz. - zaśmiał się chłopak. - Jeszcze raz coś powiesz a ty obudzisz się w szpitalu. - podszedłem do niego i złapałem kołnierz jego koszulki lekko podnosząc go do góry. - Nie wkurzaj się tak bo ci żyłka pęknie, staruszku. - uderzył mnie z kolanem w brzuch. Puściłem go zginając się w pół. - Chodź, Chloe, idziemy. - objął ją w pasie i zaczęli się oddalać. - Chloe, co do jasnej cholery z dzieckiem! - krzyknąłem. - Nie obchodzi mnie, możesz sobie je wziąć! - odkrzyknęła a we mnie się zagotowało. Mała jakby wszystko rozumiała, zaczęła strasznie głośno płakać. Obolały podszedłem do niej i wziąłem ją na ręce. Usiadłem z nią na ławce i zacząłem lekko ją kołysać. Mała cały czas płacząc, lekko walnęła mnie w obolałe miejsce rączką. Mimo ,że jej dotyk równał się z dotykiem motyla, ja i tak zgiąłem się w pół. - Peeta? - usłyszałem kobiecy głosik. Podniosłem głowę i zobaczyłem Annie i Finnicka. Głośno westchnąłem. - Stary, co Ci się stało? - spytał zdziwiony Odair. - Chloe... - powiedziałem cicho. - Zdradziła mnie i powiedziała ,że nie obchodzi jej Alex i mam sobie ją wziąć. - wydukałem drżącym głosem. Annie wzięła ode mnie dziewczynkę i podała ją swojemu mężowi. Usiadła koło mnie i mocno przytuliła. - Co Ci się stało z brzuchem? - spytała cicho. - Fagas Chloe ma mocne przyłożenie. - wzruszyłem ramionami. - Będzie dobrze. - poklepała mnie po plecach. - Zostałem samotnym ojcem, jak może być dobrze? - spytałem z wyrzutem. - Tego kwiatu co pół światu a 3/4 chuja warte. - Finnick wzruszył ramionami. - Potrafisz pocieszyć człowieka. - warknąłem. - Gdybyś nie był takim idiotą, nie straciłbyś Katniss i nie miałbyś dziecka. - powiedział cicho. - Finnick, zamknij się już! - krzyknęła Annie. - Peeta, dasz radę wstać? - pokiwałem głową. - Chodźmy do domu. - pomimo tego ,że wstałbym sam, dziewczyna mi pomogła i we czwórkę poszliśmy do ich mieszkania. ----- Tak oto rozdział 90-ty dobiegł końca. Powoli zbliżamy się do końca tej historii. Po zakończeniu tego opowiadania, planuję zacząć pisać nowe, tylko tym razem na wattpadzie i już nie o Igrzyskach Śmierci. No naprawdę. Nikt tak człowieka nie wykończy jak żona. Nawet jeżeli jest już była. A całkiem możliwe, że wtedy jej destrukcyjne zdolności ulegają tylko myśl o destrukcyjnych talentach byłej żony Olgierd zazgrzytał zębami. Nawet teraz, miesiąc po burzliwym rozwodzie, nawet fizycznie nieobecna i pozornie pokojowo nastawiona, potrafiła zdemolować mu weekend. Tak jak zdemolowała mu całe dobra, może nie całe. Brak obiektywizmu wobec czasu trwania demolki wynikał z faktu, że targana na ramieniu torba obijała się o wysmykujący się z ręki uchwyt walizki, którą ciągnął za sobą po podziurawionym asfalcie, przeklinając siarczyście późną porę, huk piorunów nad głową i deszcz sączący się z nieba na razie pojedynczymi, ale za to dużymi kroplami. Jeszcze chwila i lunie, a przeklęte dziury w asfalcie zmienią się w bajorka, pomiędzy którymi będzie uskuteczniał idiotyczny slalom, zastanawiając się, czy lepiej jest ryzykować utopieniem nowych butów, czy tracić czas na próby ominięcia co większych po prostu zamordować Majkę…Póki co burza rozkręcała się anemicznie i nadzieja na dotarcie do autobusu przed ulewą rosła. W ciągu pięciu minut dotrze do końca małej, krętej uliczki łączącej osiedle, na którym mieszkała Majka, z cywilizacją. Przed nim majaczyły przebłyski ulicznych lamp, oznaczające bliskość przystanku. Bo oczywiście na tej przeklętej uliczce oświetlenie szlag czy inaczej, gdzieś tam przed nim istniała oświetlona ulica, do której zbliżał się z każdym zamaszystym krokiem, posykując nerwowo, gdy kółka walizki przegrywały walkę z nierównościami terenu. Jeszcze tylko kawałek i będzie mógł zapomnieć o Majce, jej wariactwach i swoim zdemolowanym przez byłą żonę dobra. Może przesadzał. Może nie całe życie mu tak ostatnie trzy lata bez dwóch potężne zgrzytnięcie wydobyło się spomiędzy zębów Olgierda na wspomnienie tych trzech lat, które w wyniku niepojętego zaćmienia umysłu zorganizował sobie w najgorszy możliwy sposób, żeniąc się z uroczo roztargnioną, pełną energii, siejącą wszędzie blask swej indywidualności oraz pogubione podczas prania skarpetki właścicielką niewielkiej kwiaciarni. Uroczą, do pioruna! Wtedy wydawała mu się urocza, razem ze swoim szalonym charakterem i inwencją twórczą, wyrażającą się w zastawieniu każdego wolnego kawałka mieszkania i balkonu badylami, zaprasowywaniu w kant rękawów jego koszul i niezdrowej obsesji na punkcie jogi, medytacji i ogłupiających dźwięków, zwanych muzyką relaksacyjną. Może to i takie niezdrowe w przypadku Majki i jej wiecznego ADHD wcale by nie było, gdyby nie typowy dla jego byłej żony brak umiaru. Wprawdzie Majka zawsze zarzucała mu nadmiar umiaru, wolał jednak swoją powściągliwość niż nadmiar pasji, zainteresowań i ogólnego wariactwa, jaki nieodłącznie mu się z nią kojarzył. Majka z jej wiecznym bazgroleniem na rękach, jakby nie dało się robić notatek na papierze. Majka z kwiatkami, kotkami i całą resztą dziwacznych zainteresowań. I swoim ulubionym argumentem, jakim torpedowała wszystkie próby ustabilizowania życia przez Olgierda: „Nie, bo nie”! No i ta cała wielka improwizacja. To było hasło, które najlepiej oddawało podejście Majki do życia…Olgierd improwizować nie lubił. Nie lubił też bałaganu, zajmowania się tysiącem rzeczy naraz i zmieniania w ostatniej chwili raz ustalonych planów. Szlag ciężki go trafiał, gdy Majka z radosnym uśmiechem przewracała ład w jego życiu do góry nogami, zasypując go lawiną pomysłów, które może nie byłyby takie złe, gdyby nie stały w rażącej sprzeczności z jego własnymi pomysłami. Albo gdyby chociaż zostały zgłoszone wcześniej, poddane dyskusji i obdarzony odrobiną polotu i spontaniczności chętnie by docenił szaleństwa Majki jako miłe urozmaicenie codziennej rutyny. Podobnie zresztą jak sam Olgierd w pierwszych tygodniach zachłyśnięcia czarem nowo poślubionej żony. Przynajmniej do czasu, gdy górę wzięła stara dobra miłość do porządku i stabilizacji. A czar Majki zaczął go po prostu tak, jak w tej chwili. Kiedy targał z mieszkania resztę rzeczy, upchniętych w dwóch torbach, walizce i aktówce, przez przeklętą, dziurawą jak ser uliczkę, modląc się, by dotrzeć do przystanku autobusowego i wrócić do wynajętej kawalerki, zanim Bóg zechce zesłać na niego potop pod postacią ulewy z gradem, zapowiadanej przez wszystkie prognozy pogody już od oczywiście w ten akurat wieczór Majka była uprzejma udostępnić mu klucze do mieszkania. Akurat w ten cholerny wieczór, kiedy pogoda wreszcie zdecydowała się spieprzyć, a ford Olgierda stał w warsztacie. To właśnie miał na myśli, klnąc przedziwny talent Majki do demolowania mu siarczyście, potykając się o wystającą płytę chodnika i z trudem utrzymując równowagę pod ciężarem przygniatających go tobołów. Może i pośpiech uratuje jego buty przed potopem, jednak zdarta skóra na noskach stała się właśnie faktem. Pięknie. Nie dość, że musiał się wyprowadzić i w ogóle na tym całym rozwodzie wyszedł cholernie stratny finansowo, to jeszcze nowe obuwie i garnitur diabli mu wezmą. Wprawdzie nikt normalny w garniturze i świeżo wypastowanych, eleganckich butach nie wybierałby się do domu byłej żony po swój dobytek, jednak wymysły Majki zmusiły Olgierda do przybycia tu prosto z pracy. Bo Majka twardo zapowiedziała, że przyjechać po rzeczy może jedynie pod jej nieobecność, spakować się sprawnie i zostawić klucze sąsiadce. Najlepiej do końca tygodnia. Najlepiej w piątek. Najlepiej między siedemnastą a dwudziestą. I najlepiej samemu, bez Kamili, bardzo uporządkowanej i bardzo odpowiadającej Olgierdowi kochanki, która przypieczętowała decyzję o rozwodzie z Majką. No dobrze, niech zatem dostosowanie się do tych warunków będzie ostatnim ukłonem w stronę Majki, a potem bierz ją diabli, bierz diabli tę cholerną uliczkę i wszystko, co przez niedopatrzenie mógł zostawić w dawnym mieszkaniu. Grunt, żeby zdążyć przed ruchem poprawił zjeżdżającą z ramienia torbę i z poirytowanym sapnięciem przyspieszył kroku. Zbliżające się światła dodały mu otuchy i nadziei, że wraz z końcem uliczki nastąpi kres wiecznych problemów z Majką i ich krótkim, burzliwym małżeństwem. „Swoją drogą, ta pogoda to taka idealna metafora tych trzech lat”, pomyślał. Całkiem prawdopodobne, że gdy dotrze do przystanku, cudownym sposobem zaświeci i miałby szansę zweryfikować trafność takiej prognozy, gdyby uliczka nie była wąska, dziurawa, kręta i w tej chwili totalnie pozbawiona oświetlenia. Każda z tych okoliczności miała jednak dla Olgierda przykrą niespodziankę. Zaaferowany omijaniem dziur, nie zauważył auta, które ruszyło z cichym pomrukiem z podjazdu jednej z posesji i powoli toczyło się za nim. Dostrzegłby je z pewnością, gdyby nie było tak ciemno, ostatecznie musiał je minąć, przechodząc przez wąskie przejście między osiedlem a uliczką. Teraz, ukryte w mroku, wykorzystywało zakręty, by pozostać niewidoczne dla Olgierda. Dostrzegł je dopiero, gdy z piskiem opon wyskoczyło z za późno, żeby sprawa, że nie bardzo było w tym miejscu nie dawało żadnej możliwości, by uskoczyć na bok, a rosnący gęsto dziki żywopłot z obu stron wydawał się nie do małżeństwo Olgierda i Majki uległo burzliwemu jak życie Olgierda, którego zdumiony umysł w chwili uderzenia zdolny był do tylko jednej myśli. Że wszystko przez nią. Zdarta skórka z butów, nadwyrężone od ciężkich bagaży ramię i teraz to! Ona naprawdę go kiedyś wykończy i to prawdopodobnie zupełnie niechcący!Deszcz lunął w chwili, gdy bezwładne, martwe ciało odciągnięto i ukryto na terenie opuszczonej posesji, wpychając je starannie w gęste krzaki. Małe szanse, by ktoś je szybko znalazł. Ciągnący się wzdłuż drogi krwawy szlak zniknął niemal natychmiast, zmyty ciężkimi kroplami uchyliłam drzwi mieszkania, wtykając głowę przez wąski przesmyk i szukając na oślep włącznika światła. Dopiero dokładna lustracja przedpokoju pozwoliła mi zdecydować, że teren jest czysty i można wejść do za mną Luiza przeczekała wszystkie te manipulacje, bębniąc palcami o poręcz schodów.– Już? – zapytała poirytowana, gdy prześlizgnęłam się pomiędzy salonem, sypialnią, kuchnią i łazienką. – Czy będziesz wężowym ruchem czołgać się pod łóżkiem?– Może powinnam. Za dużo kasy wycisnęłam z tego rozwodu, żeby Olgierd wyprowadził się, nie instalując morderczych pułapek.– Ta. Bomby w sedesie. – Luiza przewróciła oczami i bezceremonialnie wpakowała się do mieszkania. – Z zapalnikiem uruchamianym przez spłuczkę. Majka, rozumiem depresję porozwodową, stres, ale aż taka paranoja nie jest uzasadniona. Odpuść.– O niczym innym nie marzę.– Jak o bombie w kiblu?– Jak o tym, żeby sobie odpuścić – westchnęłam, rzucając torebkę na fotel. – Odpuścić, zapomnieć, nigdy więcej nie oglądać tej zołzy i zatrudnić w kwiaciarni kogoś, kto nie polezie do łóżka z moim nowym facetem. Jak już go sobie znajdę.– Czyli całkiem niedługo – stwierdziła optymistycznie Luiza, idąc za mną do kuchni. – Masz coś normalnego do picia, czy mam sobie nalać wody?Coś normalnego miałam. Rzuciłam Luizie torebkę Liptona, dla siebie szykując zieloną herbatę z dodatkiem mięty.– Melisę powinnaś pić – zawyrokowała Lulu, przyglądając się krytycznie zawartości mojego kubka. – Za dużo się stresujesz, skoro nawet joga nie pomaga. Wyrwij tego gościa, a w kwiaciarni zatrudnij faceta. Problem z niechęcią przyznałam jej rację. Rozwiązanie problemów samo pchało się w ręce, tylko z jakichś powodów było dla mnie niewykonalne.„A może zwyczajnie za proste i zbyt banalne”, pomyślałam z przekąsem, wspominając awantury z Olgierdem o moją nadmierną, według niego, kreatywność i rzekomy talent do komplikowania wszystkiego, czego się tknę. Pewnie dlatego nie przewidział biedak, że pójdę na łatwiznę, zwalniając z hukiem stażystkę, z którą był uprzejmy się przespać, zanim wydało się, że jego nagły szał florystyczny to zwykła zmyła i pretekst do częstych wizyt w z głowy, Olgierdem i Kamilą po usunięciu obojga z zasięgu wzroku nie zamierzałam się długo przejmować. Zgodnie z sugestią Luizy znacznie bardziej interesowały mnie perspektywy na przyszłość. Szczególnie te dotyczące nowego faceta. I to bynajmniej nie do kwiaciarni, choć i o tym będę musiała w końcu taki nawet interesujący, choć pozornie zupełnie nie w moim typie i sama zachodziłam w głowę, jakim cudem w ogóle go takim, że trudno przeoczyć kogoś, kogo od kilku tygodni codziennie rano mija się w drodze do pracy na chodniku tak wąskim, że trzeba dużej zwinności i wdzięku, by nie wleźć na siebie nawzajem, nie podeptać albo przynajmniej nie potrącić.„Jakim cudem nam się to udaje?”, pomyślałam któregoś dnia, gdy po raz kolejny owionął mnie intensywny, nawet zbyt mocny zapach wody po goleniu. Niby nic trudnego – zamiast usunąć się z drogi, potrącić delikatnie dłonią, upuścić coś…„Omdleć i paść w poprzek chodnika, najlepiej tak, żeby się potknął”, dołożyłam sobie zgryźliwie. Metoda praktykowana przez damy w dziewiętnastym wieku. Wtedy może działała, zwłaszcza że damy nie spieszyły się do obowiązków zawodowych i miały większą wprawę w pełnym wdzięku omdlewaniu. Znając własny wdzięk, huknęłabym głową o chodnik, doprowadzając do mało romantycznego wzywania pogotowia. Za randkę z gipsem dziękuję głupich pomysłów wydłużała się każdego wieczora, niezmiennie prowadząc do jednego wniosku. Moja kreatywność nie miała granic w żadnej dziedzinie życia, poza jedną. Nie umiałam poderwać faceta. Tajemniczy defekt, który utrudniał mi życie od zawsze, chyba że na horyzoncie pojawiała się druga strona z większym talentem w tym i proszę bardzo. Defekt ujawniał zdradzieckie działanie każdego ranka, a mnie nie pozostało nic poza modlitwą o cud, więcej inwencji ze strony faceta albo odrobinę szczęścia, które podobno idiotom i idiotkom chętnie towarzyszy. Ale dopóki nie zechce się nade mną zlitować, trzeba zadowolić się ukradkowymi spojrzeniami w piwne zamyślone oczy, które mąciły mi w głowie, zdradzając żywą inteligencję ich właściciela, ale kompletnie, niestety, niepatrzące w moim nie byłam lepsza w ignorowaniu elementów otaczającej mnie rzeczywistości. Tak jak choćby zjawiska zwanego upływem czasu. Dobre chęci w tym zakresie miałam, każdy dzień rozpoczynałam od zwleczenia się z łóżka o piątej rano, a po dwóch latach przyjętego reżimu tempo zwlekania było całkiem żwawe. Szklanka wody z sokiem z cytryny i łyżeczką miodu oraz godzinny trening jeszcze mieściły się w harmonogramie. Na tym sukcesy się kończyły. Pomimo teoretycznie doskonałej organizacji poranka już w okolicach godziny ósmej gimnastyka, śniadanie z omleta i zabiegi upiększające rozkładały mnie na łopatki, podstępnie sabotując plan pozostania piękną, zdrową i pełną energii oraz niespóźnienia się do pracy. Ostatecznie z domu wybiegałam z rozwianym włosem, szaleństwem w spojrzeniu i różnymi przedmiotami w zębach, bo na spakowanie ich do torebki brakowało mi czasu. Możliwe, że miała tu coś do powiedzenia również skleroza, powodująca szalone poranne galopy w poszukiwaniu tego, co mieć przy sobie powinnam, a czego dziwnym trafem nie miałam i nie mogłam za Boga znaleźć. Nierzadko zdarzało mi staranować Olgierda i po rozwodzie do satysfakcji, że pozbyłam się podłego zdrajcy, dołączyła ulga, że wreszcie nikt mi się nie plącze pod miotania się i upływu czasu następowała o godzinie ósmej jedenaście dzięki mijanemu na wąskim chodniczku interesującemu mężczyźnie. Niby jakiś postęp, jednak wysiłki zmierzające w kierunku wyjścia o właściwej godzinie nie zawsze pozytywnie wpływały na stan pamięci. Dyscyplina godzinowa pogłębiała roztrzepanie i sklerozę, co zmuszało mnie do zawracania po zapomniane rzeczy i rozkład dnia znów mi się rozjeżdżał. Nic dziwnego, że jeszcze nie wpadłam na żaden błyskotliwy pomysł poderwania interesującego faceta, skoro moja inwencja twórcza była eksploatowana w celu ratowania tego, co przez pośpiech, gapiostwo i nieumiejętność zgrania się z zegarkiem udawało mi się Boga jednak nie miałam pojęcia, jak uporać się z brakiem portfela, gdy w sobotni poranek zablokowałam przy kasie tłum ludzi. Nerwowy pomruk za moimi plecami przybierał na sile, gdy trzęsącymi się dłońmi przeszukiwałam torebkę, usiłując wygrzebać chociaż pięć złotych na wodę mineralną i sałatkę. Wyczarować gotówki nie umiałam. Zamiast niej podjęłam próbę wyczarowania uroczego, przepraszającego uśmiechu. Chyba skutecznie, bo nikt mnie nie zakupów i powrót do domu nie wchodziły w grę. Zwalniając Kamilę, zyskałam spokój ducha, jednak za wysoką cenę. Ktoś bowiem kwiaciarnię w soboty i niedziele otwierać musiał. Pozbywając się jednego kłopotu, wzięłam na siebie pracę przez sześć dni w tygodniu i opuściłam wygodne grono szczęściarzy kupujących w sobotę rano ciepłe bułeczki na śniadanie. Nie miałam również szansy na wyjście z pracy i uzupełnienie zapasów czegoś jadalnego.– Jeszcze chwileczkę – wymamrotałam do stojącej za mną kobiety, której ciężki oddech i spływający po czole pot potwierdzały zaawansowany poziom poirytowania. Blokując kolejkę, zablokowałam jej też możliwość szybkiego rzucenia się na spoczywające w koszyku pączki, co niekorzystnie rzutowało na poziom nie na cudowny przypływ gotówki w mojej torebce, w której znalazło się wprawdzie dwadzieścia groszy, na tym jednak cud się skończył. Drobna moneta odmawiała rozmnożenia z uporem godnym lepszej sprawy. Mój własny poziom frustracji również zaczynał wymagać natychmiastowego ukojenia przy pomocy czegoś słodkiego. Bierz diabli dietę, zaraz rzucę się na pączki baby za mną, zostanę zamordowana i przynajmniej rozwiąże się własnych rozszarpanych szczątków była tak realna, że musiałam kilkakrotnie zamrugać. Wyglądało na to, że w rozszarpywaniu brała udział połowa klientów z kłębiącej się za mną kolejki. Toż żaden patolog by tego nie pozszywał…Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Za pół godziny muszę być w kwiaciarni i dostać się tam na piechotę, bo oskubawszy Olgierda, wspaniałomyślnie oddałam mu auto. I tak zresztą było jego. Ostatnie, rozpaczliwe spojrzenie ujawniło brak choćby jednej znajomej twarzy kogoś z sąsiadów, skłonnego poratować mnie pożyczką. „Sześć godzin w pracy bez żarcia można przeżyć”, przemknęło mi przez myśl, gdy z odpowiednio przerażoną miną szykowałam się do wciśnięcia ekspedientce kitu na temat ukradzionego portfela. Niech Bóg mnie broni przed przyznaniem się do sklerozy! Sprowokowałam już wystarczający wzrost poziomu agresji. Skumulowany na niewielkiej powierzchni sklepu mógł okazać się niebezpieczny.– Bardzo panią przepraszam – jęknęłam z całkiem autentyczną rozpaczą. – Chyba ktoś ukradł mi portfel! Miałam nadzieję, że wpadł do bocznej kieszonki w torebce, ale sama pani widzi, nie ma!Nerwowe pomruki umilkły. Podobnie jak ciężkie wzdychanie, jakim zniecierpliwiona ekspedientka sygnalizowała, że ma mnie dosyć.– No trudno, nie mam jak zapłacić, muszę zrezygnować z kradzieży miała szansę na większe współczucie niż ofiara własnej sklerozy.– Miała tam pani kartę? – spytała ekspedientka, gromiąc spojrzeniem babę za moimi plecami, której nie zdołałam wzruszyć. – Trzeba zadzwonić, zablokować, żeby konta pani nie wyczyścili.– Nie, kartę i dokumenty zostawiłam w domu – mruknęłam, świadoma, że na okoliczność kradzieży portfela z pieniędzmi, dowodem tożsamości i resztą dokumentów powinnam posymulować większą rozpacz. – Wzięłam tylko taką małą portmonetkę z gotówką, nie planowałam większych zakupów. Trudno. Naprawdę bardzo państwa musiałam mieć prawdziwie cierpiącą, gdyż w przypływie współczucia ekspedientka zaproponowała pozostawienie zakupów pod ladą do chwili, gdy ze stosownym środkiem płatniczym wrócę do sklepu. Bardzo chętnie, jednak z takiego rozwiązania skorzystałabym, mając nieograniczony zapas czasu. Ten, który miałam, i tak niebezpiecznie się kurczył. Jeszcze raz grzecznie podziękowałam za cierpliwość i, klnąc pod nosem, chciałam opuścić kolejkę, gdy ktoś przepchnął się w moim kierunku.– Niech pani zaczeka! – usłyszałam męski głos i cofnęłam się za moimi plecami syknęło wściekle, gdyż wlazłam mu na nogę. Mało mnie to jednak interesowało, w przeciwieństwie do właściciela głosu, który przed chwilą mnie o usłyszeniu którego marzyłam od ładnych kilku nawet w najśmielszych snach nie wierzyłam, że ten właśnie głos zwróci się do mnie z propozycją mężczyzna o kasztanowych, lekko kręconych włosach podszedł do mnie energicznym krokiem, krótkim spojrzeniem szacując wartość moich zakupów.– Mam propozycję – powiedział. – Pani zależy na zakupach, a odniosłem wrażenie, że oboje trochę się spieszymy. Pani wpuści mnie na swoje miejsce, a ja zapłacę za wszystko razem. To długo nie potrwa, przecież nie mam wyładowanego całego koszyka – zwrócił się do baby od pączków, zniecierpliwiony jej głośnym protestem, po czym odwrócił się do mnie. – Czy takie rozwiązanie pani odpowiada?Odpowiadało mi każde, jakie by zaproponował. I zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, przepchnął się na początek kolejki, ułożył na ladzie swoje zakupy i wręczył kasjerce kartę płatniczą. Następnie sprawnie spakował zakupy w dwie siatki, posłał w stronę kłębiącego się tłumu przepraszający uśmiech i skierował się w stronę trudem otrząsnęłam się z osłupienia i, bąknąwszy do kasjerki coś o przeprosinach za kłopot, rączym kłusem wybiegłam ze mój wybawca wygrzebał ze swojej siatki paczkę nabytych przed chwilą papierosów. Uśmiechnął się poprzez gęstniejące obłoczki dymu na widok mojej głupiej miny i podał mi siatkę z wodą i sałatką.– Dziękuję – wymamrotałam zmieszana. – Za wybawienie z kłopotu, pożyczenie pieniędzy i wyrwanie z rąk tego babska tuż za mną.„I że był pan uprzejmy odezwać się do mnie pierwszy, więc nie muszę się już zastanawiać, jak zwrócić na siebie pańską uwagę”, cisnęło mi się na usta. Z trudem ugryzłam się w język. Choć może nie było za co dziękować. Poznawszy mnie w tak kretyńskiej sytuacji, niewykluczone, że zacznie chodzić do pracy bardziej okrężną drogą…Póki co jednak miałam inny, bardziej praktyczny problem.– Ja oczywiście te pieniądze zwrócę. Przy najbliższej okazji. Zdaje się, że nadarzy się w uśmiechnął się rozbawiony.– Albo innego dnia. Jak widać, okazja do spotkania trafia się nam nawet w weekendy. Ale przyznam, że gdyby nie to, chyba nie byłbym skłonny pani ratować.– Nie, no jasne – mruknęłam. – Tak ma pan pewność, że dopadnie mnie pan, gdybym próbowała się migać od zwrotu długu. Innej drogi przez osiedle nie ma, więc małe ryzyko, że się niepostrzeżenie przyglądał mi się z tajemniczym uśmiechem błąkającym się na twarzy.– Powiedzmy inaczej. Nie lubię pożyczać pieniędzy obcym.– Mam rozumieć, że ja już nie jestem obca?– Najwyraźniej nie. Robert. – Wyciągnął rękę.– Maja – wyszeptałam speszona, ujmując dużą, silną dłoń o krótko przyciętych paznokciach i nie dowierzając własnemu szczęściu. Boże, muszę naprawdę być straszną idiotką, skoro tak chętnie się objawiło i jeszcze zapobiegło śmierci głodowej w pracy…Praca! Romanse romansami, ale do otwarcia kwiaciarni zostało mi piętnaście minut. On też wspominał, że się spieszy. A tymczasem staliśmy tu sobie, konwersując i mając w głębokim poważaniu jakikolwiek pośpiech!Popłoch w moich oczach musiał być wyraźny.– Spieszysz się – stwierdził Robert, puszczając moją dłoń. – Jak co dzień. No cóż, nie zatrzymuję. Do poniedziałku.„A nie do jutra?”, jęknęła rozczarowana twardym lądowaniem dusza. Z trudem stłumiłam westchnienie.– Do poniedziałku – powiedziałam, patrząc, jak Robert uśmiecha się na pożegnanie i odchodzi w kierunku pobliskiego gdy zniknął mi z pola widzenia, myślenie wróciło na przyziemne tory. Niczym rażona piorunem runęłam w stronę kwiaciarni, modląc się, by dystans trzech kilometrów nie okazał się zbyt długi, by przebyć go w dwanaście chciał, że nie mogłam oddawać się romantycznym uniesieniom zbyt długo. Choć zielonkawe refleksy oczu Roberta powracały w wyobraźni do końca soboty, już w niedzielny poranek nad moją głową zaczęły się gromadzić ciemne chmury, początkowo niewinnie, potem przybierając barwę ciemnej stali, zwiastującej solidne zaprzątnięta kwestią niespodziewanej pożyczki i lekko przepłoszona faktem, że nie do końca pamiętam, o jaką kwotę podwyższyłam Robertowi rachunek, do mieszkania przebywających na urlopie rodziców zajrzałam w przelocie kilka minut po piątej. Opieka nad rodzicielskim lokum nie wymagała szczególnego wysiłku, gdyż znajdowało się ono naprzeciwko mojego własnego. Wbrew początkowym obawom, że bliskość będzie oznaczać także kontrolę, szybko przekonałam się, że takie rozwiązanie wcale nie jest złe. Zarówno mój ojciec, jak i mama w organizowaniu sobie życia wykazywali kreatywność na tyle dużą, że nie musieli koncentrować uwagi na poczynaniach pełnoletnich latorośli. Z wygody mieszkania na tym samym piętrze korzystały również nasze koty, w zależności od kaprysu kursując pomiędzy lokalami dzięki niewielkiemu otworowi w ścianie dzielącej oba balkony. Podczas nieobecności rodziców nie musiałam ich przewozić z całym dobytkiem ani poświęcać czasu na wizyty u domowego zwierzyńca. Zaglądałam tam tylko w celu podlania kwiatków i ewentualnej inspekcji zawartości lodówki, która tym razem wdzięcznie świeciła sama zajęłabym się jej zapełnieniem, jednak szósty dzień pod rząd w pracy i poranny występ w sklepie wyzuły mnie z resztek sił. Powątpiewając w jakość działania zmęczonego rozsądku, zleciłam dokonanie zakupów polecenie wypełnił sumiennie, choć z kawalerskim polotem. W rezultacie w lodówce znalazły się duża ilość żółtego sera, dwa bochenki chleba, jajka, mleko, kilka opakowań kiełbasy i różnego rodzaju sera pleśniowego. Wszystko to upchnięto pomiędzy ogromną ilością kocich puszek, więc na pierwszy rzut oka lodówka sprawiała wrażenie zdolnej do zaspokojenia najbardziej wyrafinowanych zachcianek kulinarnych. Po dokładniejszym przeglądzie wyszło na jaw, że poza naleśnikami i jajecznicą na kiełbasie niewiele uda się przyrządzić na obiad. Ojciec był skłonny zadowolić się takim menu, mama jednak kategorycznie odmówiła żywienia się kawalerską kuchnią. Męczona wyrzutami sumienia, zaprosiłam rodziców na obiad i w niedzielę rano przystąpiłam do produkcji pierogów z kapustą i grzybami w ilości znacznie większej niż dla trzech osób. Doświadczenie podpowiadało mi, że do pierogów domowej roboty rodzina zleci się jak pszczoły do miodu i zażąda porcji na i tym razem doświadczenie miało wpuściłam do mieszkania spragnionych domowego jadła i podzielenia się wrażeniami z urlopu rodziców, dzwonek do drzwi obwieścił przybycie Michała z narzeczoną Alicją. Zważywszy że wraz z rodzicami przybyły również koty, nagle okazało się, że mam do wykarmienia siedem głodnych istot, a sama również z przyjemnością coś bym zjadła. Sto siedemdziesiąt pierogów i mielone z indyka powinno chyba temu zapotrzebowaniu sprostać?Szybko przygotowałam kawę rodzicom i poszłam do kuchni, gdzie w dwóch garnkach gotowała się woda na pierogi. Do obu wlałam po łyżce oleju i zatrudniłam Alicję do przygotowania sałatki. Michał otrzymał ambitne zadanie zorganizowania posiłku dla kotów.– Kotkowym też podać sztućce? – zapytał po wyniesieniu misek. – Na stole jest jeszcze miejsce.– Rozumiem, że ludzie i zwierzęta razem siadają do stołu… – mina Alicji wskazywała na jej oscylowanie pomiędzy zgorszeniem z powodu braku higieny a zachwytem nad doskonałą zwierzęco-ludzką harmonią panującą w naszej rodzinie.– Nie i tak – mruknęłam, wrzucając do garnków pierwszą partię pierogów. – Sztućce kotkowym nie, wspólne jedzenie jak najbardziej – dorzuciłam po chwili, bo Michał i Alicja zagapili się na mnie z całkowitym brakiem zrozumienia. – Bracie, chwilowo jesteś bezrobotny, podaj pietruszkę.– Gdzie masz pietruszkę? – Michał zaczął otwierać po kolei wszystkie szafki, zapominając o ich zamknięciu. – Tu jest coś takiego jak majeranek, bazylia… Koper włoski? Po cholerę?– Pietruszka, na litość boską!Mój krzyk nieco wystraszył Michała. Odwrócił się gwałtownie, zahaczając ręką o opakowanie, które natychmiast wylądowało na mojej głowie.– Michał, ja chciałam pietruszkę, nie pietruszką – syknęłam. – Wsyp dwie łyżki do sałatki i posyp pierogi. Nie te w garnku, te w misce – jęknęłam na widok poczynań braciszka.– Wredna zołza jesteś – obraził się Michał. – Człowiek chce pomóc i tylko w łeb dostaje.– Po pierwsze, w łeb dostałam ja – odgryzłam się. – Po drugie, dobre chęci, zdaje się, z powodzeniem wykorzystało w charakterze bruku piekło.– Nie denerwuj siostry. – Do kuchni wkroczył zwabiony wonią zasmażki ojciec. – Zwłaszcza że przebąkiwała coś o ptysiach z wieść o ptysiach Michał zmienił nastawienie. Z precyzją godną zawodowego mistrza kuchni wsypał pietruszkę do wskazanych naczyń, zamieszał zasmażkę i zaczął wynosić talerze na kilku minutach siedzieliśmy w salonie, pochłaniając pierogi. Wbrew obawom Alicji koty również zajęły miejsca przy stole (a raczej na stole) w wyznaczonej części i pochłaniały mielone z indyka, nie wykazując zainteresowania naszymi talerzami.– Siostro, nawet jeśli charakter masz nieco zołzowaty, pierogi są rewelacyjne – mruknął Michał, nakładając sobie trzecią porcję. – Nie wiem, po kim odziedziczyłaś talent, ale kocham tę osobę.– Nie po matce, niestety – westchnął ojciec i natychmiast umilkł pod wpływem spojrzenia, jakie posłała mu mama.– Po tobie też nie. – Stanęłam w obronie mamy. – Więc zaraz wyjdzie, że jestem adoptowana.– Babcia bosko gotowała – rozmarzył się Michał. – Obie babcie…– Widzisz, Majeczko, jednak nie jesteś podrzutkiem – ucieszył się tata. – Skoro odziedziczyłaś talent po obu babciach, to już coś znaczy. Możesz czuć się spokojna.– Za to stałam się obiektem wiecznego wyzysku kulinarnego. Nie wiem, co gorsze, naprawdę. Przez was popadnę w depresję – mruknęłam.– Ale ptysie zrobisz? – Dla Michała tylko ten aspekt mojej ewentualnej depresji był myśl o ptysiach zrobiło mi się słabo. Słabość objęła głównie moją wolę, którą od kilku lat katowałam próbami oparcia się ukochanym słodyczom. Poza rurkami z kremem, które wcinaliśmy z Michałem każdego lata podczas odwiedzin u babci Irenki, ptysie według babcinego przepisu stanowiły najgorsze zagrożenie dla figury. „Kiedyś można było napychać się bez ograniczeń”, pomyślałam melancholijnie. Kultywowane przez całe dzieciństwo łażenie po płotach, harce w jeziorze i hasanie po polu spalały kalorie lepiej niż joga… Pewnie dlatego zeszyt z przepisami babci schowałam za najcięższymi książkami na górnej półce regału.– Że co, proszę? – Otrząsnęłam się ze wspomnień i spojrzałam na ojca. – Przepraszam, zamyśliłam się…Funkcjonowanie w trybie zawieszenia nie było dla moich bliskich żadnym zaskoczeniem, choć, jak z dezaprobatą zauważył ojciec, od czasu rozwodu zdarzało mi się coraz częściej. Teraz również przyjrzał mi się z delikatnym zniecierpliwieniem.– Ziemia do Majki, Ziemia do Majki, skup się. Rozmawiamy o spadku babci Irenki. A konkretnie waszej części. Temat istotny, bo zgodnie z ostatnią wolą babci zapisane dobra w postaci materialnej miały trafić do was, kiedy oboje się usamodzielnicie. Twój brat się w tej kwestii nieco ociągał, ale skoro i on dorósł do ożenku, należałoby wrócić do tematu…– Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego mama postawiła taki idiotyczny warunek. – Pokręciła głową z dezaprobatą nasza prywatna rodzicielka. – Zawsze uważałam ją za osobę obdarzoną zdrowym rozsądkiem. W tym przypadku Majkę spotkała jawna niesprawiedliwość. Moim zdaniem powinna swoją część dostać, wychodząc za mąż. To idiotyzm, kazać jej czekać, aż Michał postanowi się ożenić.– Może babcia przewidziała, że Maja wyjdzie za mąż… Hm, mało skutecznie…– Dziękuję – syknęłam, obiecując sobie zrobić te cholerne ptysie w tajemnicy przed Michałem i podzielić się tylko z rodzicami i Alą. Chociaż nie, zakochana nieprzytomnie w moim braciszku Alicja wyniosłaby część dla niego i jeszcze oddała swoją porcję.– Babcia myślała schematem, zgodnie z którym Michał i Majka zawsze wszystko robili razem – wtrącił ugodowo ojciec. – Jak na bliźnięta przystało. Przecież nawet obronę pracy magisterskiej mieli tego samego dnia, choć na innych uczelniach. Skąd mogła wiedzieć, że będą mieli kaprys poukładać sobie życie w innych terminach? Zresztą, równie dobrze to Michał mógł pierwszy się ożenić.– Słuchajcie, dla mnie żaden problem. – Michał rozparł się na krześle z zadowoloną miną. – Nasz ślub jest za pół roku. Jak się Maja zepnie, to wyrobi. Tylko tym razem byłoby dobrze, żeby już faktycznie na wieki wieków, amen…– Jasne, bo akurat znajdę faceta na wieki wieków, amen, przez pół roku! Casting ogłoszę! Ideał skłonny poślubić mnie w ekspresowym tempie pilnie poszukiwany. Przynieść CV i portfolio rodziny! Nie chcę kolejnej paskudnej teściowej!– A tamta była paskudna?– Błagam… Może ja w ogóle już nie chcę teściowej!– A niby dlaczego?– Bo nie! – warknęłam, waląc pięścią w na temat charakterów mojej byłej i ewentualnej przyszłej teściowej ucięła mama, machając ze zniecierpliwieniem ręką.– Tak na te teściowe psioczycie, że tracę ochotę na zostanie teściową – powiedziała zniecierpliwiona. – A własną teściową w takim razie usprawiedliwię, mogła faktycznie nie przewidzieć, że nasze dzieci w którymś momencie rozejdą się rozwojowo. Ostatecznie dziewczyny dojrzewają szybciej…– Też cię kocham, mamo – obraził się Michał.– W każdym razie… – Pauza w wypowiedzi była mamie potrzebna, by zgromić wzrokiem syna. – Mamy poważniejszy problem niż dywagacje, kto i dlaczego jest bardziej samodzielny i czy małżeński falstart Majki cokolwiek tu zmienia. Mieliście dostać spadek, jak się usamodzielnicie. Załóżmy, że oznacza to wyprowadzkę z domu i życie na własny rachunek. Warunek został spełniony, więc teoretycznie powinniście dostać to, co zapisała wam To, co mówiła mama, oderwało nas od nerwowego kopania się pod stołem. Zastygliśmy na miejscach, wpatrując się w matkę z niepokojem.– A w praktyce? – bąknął Michał. – Bo od teorii do praktyki to jeszcze kawałek drogi…Mama przez chwilę patrzyła na nas, od czasu do czasu rzucając ojcu rozpaczliwe spojrzenia. Równie rozpaczliwie ojciec próbował ignorować nieme wołanie o pomoc. W końcu do mamy dotarło, że jest zdana na siebie.– A w praktyce to nikt nie może nic dostać – mruknęła z rozgoryczeniem. – W praktyce diabli wzięli testament…Okrzyk zgorszenia wyrwał nam się z gardeł. Dopiero teraz ojciec zdecydował się przyjść mamie z pomocą.– Nie patrzcie tak! Jest zapis, że po śmierci babci opiekę nad jej majątkiem sprawujemy my z matką. Dom, konto bankowe i tak dalej. Część przechodzi na nas. No i ten warunek, że za podział zgodnie z testamentem możemy się zabrać, jak się usamodzielnicie. Tylko do szczęścia brakuje nam wiedzy, gdzie ten testament jest. A konkretnie aneks, który wyjaśni, co babcia miała na myśli, podpinając pod testament liścik do was. Zakładamy, że dotyczy posiadanych przez babcię ruchomości bądź nieruchomości. Zwłaszcza że w samym testamencie o was jest mowa w… hm… niewielkim stopniu…Do Michała treść wypowiedzi ojca zaczęła z wolna docierać.– To brzmi jak wyjątkowo idiotyczny dowcip – wymamrotał. – Testament z wszelkimi przyległościami powinien mieć prawnik babci. Włącznie z wiedzą, co dalej z tym zrobić. Z tymi kopertami, zaginionymi fragmentami i całą resztą.– No to cię, synu, rozczaruję – sapnął ojciec. – Nie ma. Co gorsza, prawnik zarzeka się, że nie było. Coś tam tylko mamrotał, że ze zrozumieniem listu nie powinniśmy mieć kłopotu. Podobnie jak z brakującym aneksem.– Może nie będzie tak źle – wzruszył ramionami Michał. – Wiesz co, tato, ja bym chętnie ten list przeczytał. Mamy jakiś odpis, ksero?– Nawet cały list w kopercie wydębiłem, proszę bardzo. Wychodząc, wstąp do nas, dostaniesz. Maja, ty też przyjdziesz?– Wezmę potem od Michała. Może kocha mnie umiarkowanie, ale nigdy nie próbował mnie kantować.– Podjadę do ciebie wieczorem – obiecał Michał. – Informacje za ptysie. Uczciwa propozycja.– naprawdę wzajemne kantowanie w naszym przypadku nigdy nie wchodziło w grę, pożegnawszy się z rodziną, wyciągnęłam notatnik z przepisami na słodycze. Nie do końca po drodze mi było z ptysiami, których nijak nie byłam w stanie przerobić na wersję niskokaloryczną, jednak słowo się rzekło. Pozostało wybrać się na zakupy i uzupełnić brakujące składniki.„Pamiętając o zabraniu portfela”, pomyślałam zgryźliwie. I wycieczce do bankomatu. Ostatecznie naprawdę twardo postanowiłam oddać jutro rano forsę jak się można domyślić, niemal natychmiast o niej zapomniałam, gdy po zapłaceniu rachunku w markecie odebrałam telefon od Michała.– Majka, widziałem ten list. Tam naprawdę jest napisane, że mamy to sami znaleźć i że wiemy, gdzie to jest.– Guzik z pętelką – mruknęłam. – Nic nie wiemy. Babcia przeceniła nasze zdolności jasnowidzenia. Zacznijmy od tego, że nawet nie wiemy, co to jest to tajemnicze „to”!– My jako rodzina nie wiemy. – Michał był innego zdania. – Ale skupmy się na tym, co jednak wiemy. My. Ty i ja. Może wiemy coś więcej niż rodzice. Ostatecznie list adresowany był do nas, no nie?Prychnęłam z niecierpliwością. Takich rzeczy było wiele. Zbierały się od czasów zasmarkanego dzieciństwa, zwłaszcza że żadne z nas nie było potulnym dzieciątkiem o anielskim spojrzeniu. Spojrzenie anioła, owszem, wytrenowaliśmy, było ono jednak równie słodkie, jak fałszywe, wyczarowywane na potrzebę chwili, zanim ktokolwiek zorientował się, co zmalowaliśmy. A że knuliśmy razem i razem trzeba było później trzymać buzię na kłódkę, to i wspólnych tajemnic trochę się nazbierało… No dobrze, ale co z tego bogactwa sekretów mogło dotyczyć babci Irenki? Zniecierpliwiona zażądałam odczytania epistoły.– Spadek to skarb – zaczęłam ostrożnie, przypominając sobie opowieści o rodzinnych skarbach, którymi babcia raczyła nas na dobranoc. Czyżby aneks do testamentu był ostatnim nawiązaniem do naszych ulubionych bajek z dzieciństwa? – Tak mi się kojarzy. Babcia mówiła, że ma dla nas skarb. Skarb schowany był w małej kasetce, a kasetka na strychu w domu babci… A klucz do kasetki… Klucz do kasetki… – zacięłam się, bo luka w pamięci nie chciała ujawnić miejsca pobytu kluczyka. A może to bardziej luka w logicznym myśleniu? – Diabeł ogonem nakrył ten cholerny klucz…– Dostałaś lalkę z kluczykiem przypiętym do łańcuszka na szyi na dziesiąte urodziny – dokończył triumfalnie Michał. – Majka, pomyśl, nie było żadnych innych kluczyków. Po cholerę miałabyś dostać lalkę z tak idiotycznym wisiorkiem? I to schowanym pod kiecką?Niby logiczne…– No dobra, ale to zakrawa na jawną dyskryminację – mruknęłam. – Mama miała rację, babcia nigdy nikogo z nas nie wyróżniała. Dlaczego kluczyk dostałam ja, skoro skarb miał być dla nas obojga?I tu Michał znalazł sensowne wyjaśnienie.– Bo babcia wiedziała, że tę lalkę bardzo chciałaś dostać i że jej nie zniszczysz ani nie zgubisz. Majka, to było zbyt wielkie i zbyt ładne, żeby się tym bawić, pomijając czesanie i przygładzanie sukienki. Było oczywiste, że ta lalka to będzie dla ciebie jakaś cholerna świętość! Więc bądź tak dobra, przemyśl sprawę i zarezerwuj sobie przyszły weekend na wycieczkę do domu babci. Razem z lalką i kluczykiem, rzecz jasna!– Tak jest, poruczniku Colombo – sapnęłam, bo utrzymanie jedną ręką zakupów, a drugą telefonu zaczynało być męczące. – Podjedź po kolacji i przywieź ten list. Aż mi się nie chce wierzyć, że to takie proste. Takie sprawy lubią się komplikować.– Może mamy szczęście i obejdzie się bez komplikacji…Pokręciłam z niedowierzaniem głową. To było naprawdę zbyt proste. Choć tok rozumowania Michała wydawał się logiczny, intuicja podpowiadała nieśmiało, że rozwikłanie zagadki aneksu to temat na niezłą powieść sensacyjną, w której odpowiedź na kluczowe pytania ujawnia się koło strony trzysta pięćdziesiątej ósmej lub coś tych okolicach. „W naszym przypadku nie wyszedłby nawet jednostronicowy komiks”, pomyślałam z niesmakiem. Wszystko takie jasne i oczywiste? Czy może jednak jest w tym jakiś haczyk, na którym zadyndamy, wyciągając łapy po babciny skarb zbyt zachłannie?Bierz diabli mleko i jaja, ostatecznie nie muszą przy obecnej temperaturze trafić do lodówki natychmiast. Rzucone w przedpokoju zakupy musiały poczekać na rozpakowanie, gdyż po wejściu do domu nerwowym kopniakiem zrzuciłam buty i rzuciłam się do salonu, gdzie w niewielkiej witrynce, odgrodzona niebieskawą szybką od świata pełnego kurzu i wilgoci, siedziała piękna lalka w błękitno-srebrnej sukni balowej. Upięte w fantazyjny kok jasne loki pomimo upływu lat nie straciły platynowego połysku, a kokieteryjne spojrzenie zielonych oczu, rzucane spod wywiniętych rzęs, nadal wywoływało zachwyt. Rzadko wyjmowałam ją z bezpiecznego schronu, który ratował żywy błękit koronek sukni przed wyblaknięciem, i gdy teraz przekręciłam klucz w drzwiach witrynki, serce biło mi jak oszalałe. Odruchowo wygładziłam zagiętą koronkę i usiadłam na krześle, wpatrując się z zamyśleniem w zielone, ocienione firanką czarnych rzęs oczy. Aż nieprawdopodobne, by prezent od babci sprzed ponad dwudziestu lat miał już wtedy tak wielką wagę… Czy pięknej lalce w balowej sukni babcia Irenka zdecydowała się powierzyć sekret swojej ostatniej woli? Jakimś cudem nie obawiając się, że w rękach nieświadomego dziecka informacje mogą okazać się tak kruche i ulotne, jak piękno samej lalki?„Ale piękno lalki przetrwało”, pomyślałam, przyglądając się zaróżowionym policzkom. Więc może i kluczyk do tajemnic nie zardzewiał… Nieśmiałym gestem sięgnęłam do zdobiącego szyję lalki dziwnie lekki i bez oporu przesunął się w górę. Nic nie zahaczyło o koronki, choć kluczyk bardzo rzadko przesuwał się pod bogato marszczonym materiałem z taką łatwością. Przypadek, czy po prostu…Po prostu kluczyka nie dziesięciu minutach nerwowego oglądania i przeszukiwania ozdobnego materiału oraz półki, na której siedziała lalka, byłam zmuszona przyznać, że choć sprawa na dzień dobry wyglądała na prostą i nieskomplikowaną, komplikacje właśnie zaczynały się mnożyć. Nie mieliśmy po co jechać do domu babci bez kluczyk dalszy w wersji pełnej Więcej wierszy na temat: Życie « poprzedni następny » Tego kwiatu jest pół światu ? Tak? A co powiecie na to, że przez facetów same kłopoty? Jak nie taki to owaki humorek od rana ma . Jedna fajka druga fajka, piłka nożna, koleżanka? Skarpetki mamusie i tłuste brzusie. Koledzy spotkania a my do kochania ? Przyjdzie taki zarobiony nie przytuli nawet żony ! I by leżał i by czekał, aż służąca go obsłuży. Wrócił ze sklepu a zmęczony jak po długiej podroży. A bez pilota ? - oka nie zmruży. Stado osłów i barnów mamy dzisiaj za swych Panów? Przyznaje są jeszcze wyjątki, takie potulne męskie gołąbki ? Co i przytulą i zrobią porządki lecz tylko w piątki, bo chodzimy do fryzjera Wtedy tak im głód doskwiera, że głupieją do reszty i zaczynają sprzątać. Następnie rzucają się na nas jak na padlinę, od kiedy tak tuli się swoja dziewczynę? Czy osły barany, gołąbki to nie zwierzaki ? Zwierzaki? - To nasze chłopaki !! Napisany: 2015-05-10 Dodano: 2015-10-03 08:43:53 Ten wiersz przeczytano 652 razy Oddanych głosów: 5 Aby zagłosować zaloguj się w serwisie « poprzedni następny » Dodaj swój wiersz Wiersze znanych Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński Halina Poświatowska Jan Lechoń Tadeusz Borowski Jan Brzechwa Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer więcej » Autorzy na topie kazap Ola Bella Jagódka anna AMOR1988 marcepani więcej »

tego kwiatu jest pół światu co to znaczy